Jakoś tak to w świecie bywa, że człowiek musi mieć na co zwalać winę, ale nie ciągle na to samo. Sami wiecie, że jakieś zmiany muszą w końcu nastąpić. Tak też jest w przypadku pewnej kwestii sprzętowej – zawsze któryś element musi być najważniejszy. W myśl tej zasady dawno temu procek był guru i jak coś się z komputerem działo niedobrego, to pewnie się przegrzewał. Była też moda na najważniejszość płyty głównej – w końcu na niej wszystko stoi – i zwalanie wszelakich awarii na np. grzanie się chipsetu. Od jakiegoś (dłuższego już) czasu najważniejszy jest zasilacz, bo przecież on dostarcza zasilania, bez którego nic nie będzie działało, a jak elektrownia popuści za dużo na wyjściu, to on jest od ratowania wszystkiego w budzie (jeśli nie ma się UPS-a). Moje zdanie jest proste – nie ma stricte najważniejszego elementu i już.

Tylko co to ma do nowych zasilaczy OCZ ze znaczkiem Johnathana? W zasadzie nic, to tylko taka mała dygresja, która akurat przyszła mi do głowy ;) przejdźmy więc do rzeczy.

Zasilacze są 3: 400W, 550W (modularny) i 700W, nie są to więc jakieś niesamowite potwory, ale nie oszukujmy się – mało komu faktycznie trzeba większej pary. Wszystkie z zewnątrz wyglądają praktycznie tak samo – czarna obudowa i 120 mm wiatrak podświetlany czerwoną diodą LED. Różnice stanowią w zasadzie jedynie wtyczki ;)

W środku – oprócz mocy – również nie ma wielkich różnic. Certyfikacja 80+, zabezpieczenia przepięciowe/przeciążeniowe/przeciwzwarciowe, MTBF na poziomie 100000 godzin, aktywny PFC. 2 mocniejsze wersje posiadają również certyfikację SLI.

W skrócie – po prostu kolejne porządne zasilacze.